środa, 23 sierpnia 2017

Recenzja: Lorde - Melodrama


Właściwie nic nie wskazywało, że mogę zainteresować się tą płytą. Wydawało mi się, że to taki pop typowy do radia, z kawałkami które w pewnym momencie zaczynają irytować jak gwóźdź w nerce. Niemniej jakimś cudem zrobiłem mały resercz. I okazało się, że płyta ta ma bardzo przyjemne oceny na RYMie. Wtedy zdobyła moja uwagę. Potem odkryłem, że mimo dość wysokiego potencjału hitowego w rozgłośniach ta pani praktycznie nie zaistniała. Wtedy właśnie zadecydowałem że to może być coś dla mnie. A o dziwnej absencji w komercyjnych stacjach będzie jeszcze później.

Lorde była mi znana ogólnie. Z tym, że praktycznie tylko z nazwy. Wiedziałem że gdzieś tam zaistniała, ale bez żadnych szczegółów w zasadzie. W związku z tym byłem całkiem zaskoczony jej wokalem. Jest bardzo charakterystyczny jak się okazało. Szorstki, momentami wręcz chropowaty i całkiem niski. Niemniej dość naturalny i po chwilowym przyzwyczajeniu - przyjemny dla ucha. Przy czym oglądając jej występy na żywo może na się utwierdzić w dwóch rzeczach. Po pierwsze - jej skala jest bardzo mała i innych rejestrach pewnie by sobie rady nie dała. Po drugie - prawie na pewno nie używa autotune'a.Jej głos może i nie dla każdego jest odpowiedni, ale zapamiętywalny. A to chyba najważniejsze.

Słuchając kolejnych utworów z płyty Melodrama nieustannie wracała do mnie myśl, że tak mniej więcej powinna brzmieć najnowsza płyta Lany del Rey. Może nie jeden do jednego, ale wcale bym się nie obraził jakby znalazło się u niej kilka motywów z tej płyty. A szkoda że tak nie jest, bo recenzowana płyta nie dość że ma momentami naprawdę fajny klimat to przy tym jest przebojowa i w bardzo przyzwoity sposób skomponowana.

Bardzo zdziwił mnie fakt, że utwór otwierający, czyli Green Light nie stał się małym wakacyjnym przebojem. No bo c'mon - jest chwytliwy refren, chórki też przyzwoite. Znaczy wydaje mi się, że gdzieś na pewno wcześniej słyszałem ten utwór, ale jak pokazują zajmujące się zbieraniem radiowych playlist portale, kawałek leciał głównie w dość niszowych rozgłośniach. Podobnie Perfect Places, który został chyba nagrany z myślą, że wyląduje na singlu promującym. Niestety, komercyjne stacje wzięły to sobie za nic. Widocznie mają tam lepsze rzeczy do grania hehe. Jedynie bardziej spokojniejszy utwór z płyty miał swoje pięć minut w Trójce. Liability - bo o nim tu mowa - bym dość często grany. No i fajnie, bo to dobra rzecz jest.

A jak już jesteśmy w temacie utworów to szczególną uwagę zwróciłbym na trzy rzeczy z płyty. Po pierwsze wspomniany już obszerniej Green Light, który jest diablo przebojowy. Po drugie też wspomniany Laibility, który jest wyśmienitą balladą. Króciutka rzecz, ale dzięki dźwiękom klawiszy, które wprowadzają kojący klimat, uznają osobiście ten kawałek cichym bohaterem Melodramy. O taki pop walczyłem. Trzecia rzecz o której teraz wspomnę będzie podobna do w/w utworu kompozycja pt. Writer in the Dark. Rzecz która wygrywa to smaczny refren. Wychodzący totalnie od czapy, zaśpiewany w lekko "wstawionym" stylu przez wokalistkę sprawia, że mam ochotę słuchać go na okrągło. Taki się robi świeże popy, szanuję i rekomenduję.

Pozostałe utwory - prawie bez wyjątku - dobrze bawią. Homemade Dynamite jest uzależniającym kawałkiem, który zapewne świetnie poradziłby sobie na imprezach. Supercut powinna kiedyś nagrać Lana del Rey, bo klimatami całkiem do niej pasuje. No i refren też bardzo na tupanie nóżką. A Perfect Places jest stworzony na wszelkie składanki muzyki na dobry humor czy coś w tym stylu. Jest tu też trochę rzeczy eksperymentalnych (w sensie jak na pop, nie spodziewajcie się na Melodramie ambientów czy acid-jazzów). Przykład? No na przykład Loveless. Repryza Liablity też może za taką uchodzić. Przynajmniej częściowo.

Chyba znowu polecę płytę, którą tu recenzuję. Może nie upodobałem jej sobie jak płyty Aurory (nadal kocham), ale przystępność najnowszej płyty Lorde sprawia, że ma ona szansę trafić do całkiem dużej grupy ludzi z dużą rozpiętością gustów. Warto jej dać szansę. Słońce świeci, więc takie rzeczy sprawdzają się idealnie. A jak zacznie padać deszcz to zawsze jest Liability albo Writer in the Dark.


czwartek, 17 sierpnia 2017

Recenzja: Aurora - All My Demons Greeting Me as a Friend



I fall asleep in my own tears
I cry for the world, for everyone(*)


W odkrywaniu nowej muzyki często jest dużo przypadku. Amatorzy biorą ją z poleceń znajomych. Średnio – zaawansowani usłyszą w jakimś radiu, sprawdzą playlisty – i bum – mają nowego ulubionego artystę. Nowocześni użyją Sezama czy jak to tam szło. Jednak dla mnie najlepsze jest odkrywanie muzyki z filmów, seriali bądź nawet gier. Wynika to chyba z tego, że obok bodźców słuchowych dochodzą jeszcze bodźce wizualne. Wtedy nawet jeśli utwór byłby o pupie Maryny to głębiej wbije się w mózg wracając raz za razem w różnych okolicznościach. Poza tym – niech pierwszy rzuci kamieniem ten, u którego tani chwyt serialowy muzyka + obraz nie wywołał łez albo chociaż ciar. Sam osobiście darzę niezwykłym uczuciem te kilka kawałków, które były „w tym filmie”, „w tym serialu” czy nawet „w tej grze”. Był Armageddon z B. Willisem (każdy płakał przy Aerosmith, nie możliwe że są aż tacy twardzi ludzie), była cudowna scena z „I Will Follow You Into the Dark” w Scrubsach a jedna z gier nadal siedzi mi w pamięci ze względu na „La vie en rose” Edith Piaf. Dzięki temu, nawet jeśli dostrzegamy wady kompozycji to jesteśmy w stanie je zaakceptować - cytując klasyka polskiej szkoły reklamy. Damn, zdarza mi się polubić jakieś słabiutkie rzeczy, bo w jakiś sposób zaczęły mi się miło kojarzyć.


Under stars
We are alone


Dobra, ale o co w ogóle chodzi w tym przydługim i odrobinę zbyt ambitnym tekście? Ano, bo tak się fortunnie złożyło, że artystka o której za chwilę, za moment tu będzie całkiem niespodziewanie zaatakowała mnie w napisach końcowych ostatniego Mass Effecta (gra taka, kumaci wiedzą o co chodzi – btw, internety kłamią, Andromeda spoczko produkt – takie 8/10). I wprawdzie owego utworu na płycie „All My Demons Greetings Me as a Friend” próżno szukać – a szkoda, bo „Under Stars” jest przepiękne – jednak jakim byłbym recenzentem ze 100 wyświetleniami miesięcznie, gdybym nie zainteresował się płytą kobiałki znanej pod pseudonimem Aurora. Kiepskim, delikatnie rzecz ujmując. I niegodnym internetowego szacunku nieznanych mi ludzi. 



Panna Aksnes (fantastyczne nazwisko, trzy razy musiałem sprawdzać czy dobrze napisałem) pochodzi z zimnej Skandynawii – a dokładniej z zimnej i obrzydliwie bogatej Norwegii. I właściwie czuć to od pierwszych dźwięków na albumie (nie bogactwo, chłód). Nie wiem, ale po prostu ten rodzaj melodii raczej nie mógłby powstać w jakichś Stanach czy innej Francji. Na płaszczyźnie muzycznej dominuje wszechobecny mróz, głód i halucynacje z niedożywienia. Próżno tu szukać kompozycji rozgrzewających od środka. Dominujące są raczej surowe i momentami chaotycznie wręcz zmiksowane syntezatory. Całe szczęście wszystkie szybsze kompozycje z gracją umykają od czegoś, co można by było nazwać „elektropopem”. Uf.


I went too far when I was begging on my knees
When I cut my hands, so you could stand and watch me bleed?


Stawiam diamenty przeciwko orzechom, że na tym blogasku nigdy nie była i pewnie długo nie będzie tam młoda wiekiem wokalistka. Bo Aurora Aksnes to rocznik 1996. Proszę nie regulować internetu, ta panna ma aktualnie 21 lat. A zaczęła swoją karierę gdy miała lat 16. Może nie byłoby to aż tak dziwne, ale wsłuchując się w jej twórczość po zadku chłoszcze wszechobecna dojrzałość. Jasne, teksty może i są momentami z pozoru banalne, ale podejrzanie dobrze trafiające w punkt. Bardzo lubię gdy wokalista względnie prostymi środkami dociera do słuchacza. A uzupełniając jeszcze przypomnę że taka nasza swojska Brodka w wieku Aurory nagrywała takie potworki, że człowiek miał ochotę przestrzelić sobie oba kolana. Nawet nie wspominając z litości o reszcie kobiałek z naszego podwórka.

Bardzo rzadko się zdarza, że uzależniam się od jakiegoś albumu. Najczęściej ma miejsce efekt wow, czyli pierwsze odsłuchy wbijają w fotel, kolejne miło łechczą ośrodek w mózgu odpowiedzialny za przyjemność a na końcu zauroczenie przechodzi i człowiek powraca jedynie do wybranych fragmentów płyty. Oczywiście w innej lidze grają płyty pokroju Ciemnej Strony Pink Floyd czy III Led Zeppelin, ale o takich albumach tu nie przeczytacie, więc kończymy wątek zanim się zacznie.

Jednak wróćmy do Aurory. Przyznam szczerze i powtórzę jeszcze raz – uzależniłem się. Każdy utwór z jej jak dotąd jedynej płyty sprawia mi podobną – a nawet większą – przyjemność co za pierwszym razem. Co więcej, jestem już w tej fazie fascynacji, że obok wersji albumowych męczę z uporem godnym lepszej sprawy wersje live oraz akustyczne. To niesamowite jak tyle szczęścia może przynieść jedna kobiałka, która istnieje na muzycznej scenie od 5 lat i zdążyła nagrać zaledwie jeden album. 




No dobra, ale ja tu biję czołem o ziemię, wychwalą Aurorę pod niebiosa, ale nadal tak naprawdę nie napisałem z jaką muzyką mamy tu do czynienia. Najprościej ujmując można rzec, że „All My Demons Greetings Me as a Friend” to indie-pop bądź też indie-electro. Nie okłamię również nikogo, kiedy napiszę że muzyka Aurory obraca się wokół art-popu, synth-popu czy shoegaze'u. Jednocześnie cały ten „synth” i to „elektro” wcale nie jest takie męczące, jak zwykło to być u innych przedstawicieli tych gatunków, które miałem okazję poznać. Dźwięki należą raczej do tym bardziej stonowanych, bardzo sympatycznie głaszczących ucho słuchacza.

Przejdźmy może do najciekawszej i najprzyjemniejszej części każdej recenzji, czyli do samych utworów. Może ktoś kiedyś zauważył, że im bardziej czymś się jaram, tym większą mam ochotę co by stworzyć listę od najmniej dobrej do najbardziej niesamowitej kompozycji albumu. A przyjemność mam tym większą, że All My Demons... właściwie pozbawione jest wad bądź większych wpadek. Jedziemy. Dla odmiany i jak zawsze tutaj – od końca.


I would rather feel this world through the skin of a child
Through the skin of a child...


 ........poziom "Nie rozumiem, dlaczego tak nisko?!.........


12. Black Water Lilies
Zamykacz i koniec końców najmniej imponująca rzecz na płycie. Przy czym klimat jest naprawdę zacny, przestrzeń też ładna. Melodia bardzo nienachalna. Rzecz warta odnotowania – chyba w tym utworze Aurora osiąga najwyższe rejestry. No i Bogiem a prawdą, kompozycja ta bardzo dobrze sprawdza się jako outro płyty.
11. Through the Eyes of a Child
Śliczny diamencik, delikatnie połyskujący a nabierający blasku przy bliższym poznaniu. Niby niewiele się tu dzieje, nieostrzelane kobiałkami ucho może nawet stwierdzić, że jest diablo nudno – ale nie po to się tu zebraliśmy, żeby teraz nie poznawać się na uroczych dziewojach, nie? Z początku bardzo często pomijałem ten utwór i wydawał mi się najmniej wyrazistym. Jednak kiedy dałem mu szansę, okazało się że jest to taki wysoki poziom uroczego piękna, że sam sobie dałem reprymendę.
 10. Home
Sam nie wierzę, że tak nisko. Jest tu wszystko – wpadająca w ucho melodia, wyskakujący znienacka i godny zapamiętania refren (przynajmniej myślę, że jest to refren), wokal w formie. O tak skandalicznie niskim miejscu zdecydowała chyba tylko siła innych rzeczy na tej płycie, a nie słabość tej kompozycji.

.......poziom "Wszystko jest na swoim miejscu".........

9. Conqueror
Ta lista to jednak męka jest. Bo mamy dziewiąte miejsce a już zaczynają się utwory, które uwielbiam. Przy czym – wspomnę pewnie o tym jeszcze kilka razy w tym fragmencie – utwór ten zdecydowanie lepiej wypada na żywo. Jest więcej mocy, więcej rockowego zacięcia, rozczulająco sympatyczne chórki i - last, but not the least – przyjemny i miły dla oka taniec Aurory na scenie. Wersja albumowa też jest fajniutka, ale niech będzie że rozbieżność między wersjami live a tą z płyty jest zbyt duża i wyżej nie mogę tego dać.
 8. Lucky
Teraz na smutno. Nawet bardzo smutno. Smutne jest też, to że tak piękna rzecz jest gdzie jest. Ta lista jest zrujnowana. Jestem rozczarowany swoim gustem. Moje tłumaczenie się stało się właśnie regułą, ale niech będzie, że na wyższych miejscach są jeszcze bardziej smutne rzeczy. To nawet nie jest finalna forma Aurory. Be ready.
 7. Under the Water
Tekst mnie sponiewiera. Z każdego słowa, z każdego zdania nawet wylewa się depresja, która dociska słuchacza swoim paluchem i pyta „Dlaczego świat jest taki zły? Dlaczego jeszcze się nie utopiłeś w jeziorze? Wszyscy umrzemy, yay”. Teraz już wszystko wiecie o tym utworze. A, no muzycznie też klasa.
          
  ...poziom "Zasłużyło na podium, znowu nie wiem dlaczego tak nisko"..... 


6. Winter Bird
Najchłodniejszy utwór z płyty. Mrozi temperaturę otoczenia, przyciąga powietrze polarnomorskie znad Syberii. Refren wyskakuje i zgarnia całą pulę. No i obowiązkowo – też jest smutno. Jedna z tych kompozycji, którą można puszczać w celu zweryfikowania czy słuchacz ma serduszko. Końcówka to już są ciary. Nisko, bo nie znalazłem poniewierającego mnie wykonania live. Wszystkie mają skopany dźwięk :(
5. Warrior
Prawdziwą moc ten utwór ujawnia dopiero wtedy kiedy puści się go głośno. Najlepiej na kolumnach. Dużych (moje są malutkie niestety ;___: ). Wtedy wgniata. Napędzany przez delikatny, ale i przywodzący na myśl, marszowy rytm. To, co mi się tu podoba, to fakt że Aurora bardzo zgrabnie połączyła tu kompozycję ambitną razem z chwytliwym i godnym podśpiewywania komercyjnym popem. Może i wdziera się tu momentami lekka monotonia, ale taką monotonię to ja będę szanował zawsze i wszędzie.
 4. I Went Too Far
Na internetach krąży przerażająco dobra wersja koncertowa. Śmiem twierdzić, że chyba nie ma lepszego kawałka na złamane serduszka (a nie że ciągle tylko ten Don't Speak). Utwór – dokładnie tak jak rzecze jego tekst – jest słodko-gorzki. Z jednej strony refren to chyba najradośniejsza muzycznie rzecz na płycie, z drugiej zwrotki to najprawdopodobniej najsmutniejsza rzecz zarejestrowana przez młode kobiałki. Serio, aż człowiek ma ochotę wyrwać sobie serce i wysłać je inPostem do swojej pierwszej platonicznej miłości z przedszkola (wprawdzie nie chodziłem, ale i tak wyrywałbym). Ogromnym plusem jest ten quasi-klubowy i hipnotyzujący refren, który napełnia mnie radością (ale też i smutkiem, wiadomo).

                                  ....podium, czyli rzeczy epickie i piękne............ 


3. Murder Song (5, 4, 3, 2, 1)
Cóż za klimat, cóż za syntezatorowe klawisze, czy wspominałem o klimacie? Teledysk promujący oraz występy na żywo proponują za to przyjemną i inaczej zaaranżowaną wersję akustyczną. Jest sympatyczna, ale w tym akurat przypadku wolę to co się ostatecznie znalazło na albumie. Wcale bym się nawet nie obraził jakby to była ostatnia rzecz na płycie. Bardzo pasuje mi to jako ostatni, dopełniający dzieło akord. Niestety, nie jestem nastoletnią Norweżką i to nie mi przyszło układać utwory na albumie. Szkoda. Jeśli miałbym kogokolwiek zachęcić do twórczości Aurory to najpewniej byłby to ten właśnie utwór.  

2. Running with the Wolves
Ciary, ciary, ciary. Prawie najlepsze co może za proponować szeroko pojęty pop. Są emocje, jest tempo, jest klimat (zresztą jak na całej płycie, nie ma co ukrywać). Kiedy jeszcze nie wiedziałem, że aż tak będę uwielbiać AMDGMAaF (that skrót...) i przesłuchałem sobie tę płytę jednym uchem, wiedziałem że nawet jeśli nie spodoba mi się twórczość Aurory (tfu, cofnij się w czasie i wypluj to słowo! I przy okazji daj sobie po ryju) to to będzie coś, do czego na pewno będę wracał. Plan wziął w łeb, bo jak dotąd cała płyta mnie trzyma i nie chce puścić, ale to właściwie tylko spotęgowało moją miłość do tego kawałka. Od pierwszej nuty rzecz narasta a Aurora hipnotyzuje słuchacza i – niech to zabrzmi banalnie – bierze słuchacza za kołnierz i każe zapierniczać z wilkami. A wokal brzmi jakoś tak niepokojąco dziko i z pierwszymi oznakami szaleństwa. Takie szalone kobiałki uwielbiam.
PS: skojarzenia z utworem Rainbow wydają mi się całkiem na miejscu. 

1. Runaway
Długo się zastanawiałem nad swoją ulubioną kompozycją z albumu. Aż w końcu ustaliłem między sobą, że właściwie muzyka winna wywoływać emocje. Takie silne, aż do szpiku. No i ten utwór jest tego jednym z najjaśniejszych przykładów. Dobrze jednak wrócić sobie do starych, dobrych czasów kiedy jakaś piosenka wywoływała jedną, ale za to całkiem męską, łezkę w oku. No i ta kompozycja bez trudu to potrafi. Rzekłbym, że z dziecinną łatwością. A moment, kiedy pierwsze miejsce się zdecydowało, miał miejsce kiedy poznałem wersję na żywo. Może i się powtórzę, ale Aurora na scenie potrafi osiągnąć jeszcze wyższy poziom piękna. Można zarzucić, że na tej płycie autorka poszła bardziej w szerszą publiczność a mniej w uczucia, ale występy live to jest obnażona, emocjonalna i uroczo intymna twarz Prawdziwej Muzyki. Tak jest, z dużych liter, bez kompromisów i bez kozery. O taką muzykę walczyłem i protestowałem pod budynkiem sejmu (tak naprawdę to nie – jestem trochę leniwy). Niemniej, ten utwór to jest właściwie prawie szczyt mojej listy kobiałek. A niewiele się pomylę, jeśli powiem, że i ścisła czołówka muzyki ever.
PS: to nie jest żaden cover Marillion, proszę się rozejść. 
 


Ta recenzja powstawała długo. Bardzo długo. Nawet w pewnym momencie obawiałem się, że nadejdzie ten moment, kiedy dojdę do wniosku, że wycisnąłem z Aurory wszystko co się dało i odrzucę ją w kąt. Niestety – albo i stety – ten album ma w sobie jakąś taką niesamowitą magnetyczność która przyciąga do siebie w bezkompromisowy sposób. Piękne jest też to, że za każdym razem kiedy postanawiam rzucić wszystko i przesłuchać całość, moja miłość rośnie. Zaryzykuję również stwierdzeniem, że na chwilę obecną All My Demons Greeting Me As A Friend jest tym rodzajem magii i tą muzyczną krainą, która działa na mnie najmocniej. Mimo, że patrząc szkiełkiem i okiem można dostrzec wady tej płyty (np. wcale nie idealna produkcja i fakt, że dopiero na żywo większość utworów wchodzi na kosmiczny poziom) to niewiele sobie z nich będę robił i już chyba dożywotnio zaklepię sobie miejsce w hajp-pociągu tej płyty. A za rekomendację niech służy fakt, że ten album jest najlepszą rzeczą, która przytrafiła się temu blogowi.


The gun is gone
And so am I
And here I go



(*) - wszystkie cytaty są oczywiście zaczerpnięte z utworów Aurory. To jest tak oczywiste, że nawet nie wiem czy trzeba to pisać.



niedziela, 23 lipca 2017

Recenzja: Lana del Rey - Lust for Life


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że czuję do Lany del Rey całkiem przyzwoitą muzyczną sympatię. Całkiem niespodziewanie przekonałem się do jej światowego debiutu, czyli Born to Die. Był to pop na dość wysokim poziomie, z niezłymi melodiami i z pewną lekkością, która pozwalała wracać do tego albumu bez uczucia znużenia. Potem Lana wypuściła Ultraviolence. Do dzisiaj uznaję ją za bardzo dobrą płytę. I to nawet nie chodzi o twórczość kobiałkową. Zwyczajnie upodobałem sobie ten mocno bluesowy i ciężki wydźwięk albumu. A utwór West Coast do dzisiaj wydaje mi się całkiem wybitnym. Potem jeszcze wyszła płyta pt. Honeymoon. Bardzo słaba tak w ogóle. Nie wracam do niej, nie pamiętam dobrych momentów. Kiszka.

No dobra, ale czy nowe wydawnictwo Lany del Rey, czyli Lust for Love to powrót do dobrego grania? Nie. Smutno mi to pisać, ale przesłuchując ją ciężko mi znaleźć coś, co próbuje ją wyróżnić na plus. Na dodatek mam nieodparte wrażenie, że prawie cały materiał brzmi jak kontynuacja tego, co znalazło się na jej wcześniejszej, słabej płycie. Kompozycje są ciężkie i pozbawione dobrej melodii. Jasne, są może i lepsze momenty, które można skojarzyć z rzeczami z np. Ultraviolance ale nie dość, że jest ich mało to i tak są ledwo wyczuwalne, na granicy percepcji. 


Na pierwszych dwóch płytach Lana uczyniła z mruczenia do mikrofonu pewny rodzaj sztuki. Zgadzam się z tym, że po części wynikało to z braków warsztatowych tej wokalistki, jednak udawało jej się tworzyć przy tym całkiem przyzwoity klimat. Niestety, na najnowszej płycie sprzedaje się to już dość kiepsko. Wystarczy rzec, że najlepszą rzeczą z albumu jest kawałek tytułowy. I to głównie z tego powodu, że panna del Rey jest wspierana wokalnie przez kobiałkę z The Weeknd. Całość dzięki temu brzmi świeżo i jest to jeden z nielicznych promyczków radości na Lust for Love. No dobra, jeszcze In My Feelings brzmi nieźle. Refren ma nawet jakiś tam klimat starej Lany i jeśli miałbym wskazać coś godnego, to byłoby to właśnie to.


Tak w ogóle pełno na tej płycie duetów, bądź szeroko pojętych kolaboracji. Większość brzmi niestety jak przeciętna próba przyciągnięcia fanów z innych nisz muzycznych. Co to w ogóle za czasy, że raperzy są wrzucani wszędzie gdzie to tylko możliwe? Przecież te całe współprace sprowadzają się muzycznie właściwie do tego samego. Jakby odlanego z tej samej formy. Z pięciu utworów nagranych z innymi wykonawcami dobrze brzmi wyżej wspomniany utwór tytułowy i może od wielkiej biedy Beautiful People Beautiful Problems z gościnnym występem Stevie Nicks. Nic wielkiego, ale ten akurat duet brzmi dość naturalnie i przyzwoicie. 

Rozpaczliwie przeskakuję po albumie i szukam rzeczy fajnych. I bardzo kiepsko mi to idzie. Płyta Lust for Life jest w większości nudna, będąca krokiem w tym samym, kiepskim kierunku co Honeymoon i nie próbująca nawet w jakikolwiek sposób zafascynować słuchacza. Komercyjnie też przewiduję porażkę, bo próżno szukać tu przeboju, nadającego się na sympatyczny singiel. Rzadko mi się to zdarza, ale jest to płyta którą prawie w całości nie polecam i dość stanowczo odradzam. Dwa utwory to jest jednak za mało.

środa, 5 lipca 2017

Recenzja: Janelle Monáe - The ArchAndroid

Nie zawsze na tym blogu muszą się pojawiać miłe, przyjemne i zwiewne kobiałki. Zdarza mi się od czasu odbić w stronę dość prostego popu (Gwen Stefani) albo całkowicie przeciwnie - tak jak na przykład depresyjne klimaty z udziałem Julie Holter. Jednak jak żyje, chyba nigdy nie miałem okazję na mały flirt z muzyką R&B, tudzież z soulem. Proszę Państwa - oto Janelle Monáe.

Historia ta zaczęła się jak zazwyczaj się takie historie zaczynają - od RateYourMusic i Spotify. Najpierw patrzę, że średnia ocen nawet jakaś taka zachęcająca. Potem - już na własnym uchu - zarejestrowałem, że jest to muzyka, która okazyjnie może mi sprawić całkiem dużo radochy. Są to sytuacje z gatunku takich, których raczej nie przepuszczam.

Argumentem, który zadecydował, był chyba fakt, że muzyka zaprezentowana na The ArchAndroid jest radosna. Bezkompromisowo pędząca do przodu i koniec końców bardzo przyjemna dla ucha. Znaczny udział w tym ma z pewnością bardzo charakterystyczny i miło skrobiący po bębenkach tembr głosu pani Monáe. Dobrze sprawdza się w szybkich rapsach, dobrze w quasi-girlsbandowych numerach, przyzwoicie w spokojniejszych utworach i totalnie przebojowo w chwytliwych singlach (bądź rzeczach nadających się na single). Słuchając tego albumu z pewnością wokal nie jest tym, co jest w stanie zmęczyć. A już nawet na tym blogasku zdarzały się takie panie (Julia H. proszę się nie chować).

Czwarty akapit wydaje się dobrym, aby wspomnieć że The ArchAndroid jest albumem koncepcyjnym. Historia może i nie porywa (taki ogólnie banał o kobiecie-androidzie, miłości i innych typowych rzeczach), ale cieszy, że da się zauważyć należność między utworami na płycie. Znaczy, nie jest to jedynie skok na fanów ambitnej i poważnej muzyki. Jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie aby powyciągać co smakowitsze kąski i słuchać ich oddzielnie np. w samochodzie. Za to plusik.

No właśnie, skoro już o tym smakowitych kąskach mowa. Słucham tej płyty i słucham, ale nadal nie umiem się zdecydować co mi się tu właściwie najbardziej podoba. Z jednej strony czuję się porwany popowym i bardzo radosnym Faster, jednak nie zapominam o swoich muzycznych fetyszach i naprawdę mocno szanuję Oh, Maker. Dobrymi momentami są również rockowy i charakterny (mimo produkcji, o tym jednak później) Come Alive (The War of the Roses), nadający się na przebój Cold War czy też naznaczony elektroniką Wonderland. Dobrym towarem są też flirty z rapem, czyli Dance or Die oraz Tightrope (warto wspomnieć, że są to duety, niestety pseudonimy panów nic mi nie mówią).

Są też i momenty średnie, bądź też dość słabe. Ot, druga połowa albumu mnie trochę rozczarowała. Jest spokojniej, wręcz balladowo. Z tym że przybyłem tu kręcić zadem i tupać nóżką a nie grzecznie słuchać ballady w stylu BabopbyeYa (rzecz najdłuższa na płycie i niestety raczej najnudniejsza, tak się nie kończy albumów). Takie utwory jak Make the Bus czy Neon Valley Street też są z gatunku szybko wpadają, szybko wypadają. 

Oddzielny akapit i oddzielny zarzut dla produkcji, która nie wszędzie daje radę. Ubolewam, ale wokal ma momentami problemy z przebiciem się na pierwszy plan. Ponosi również totalną porażkę z rockerem Come Alive. Gitara powinna być tu głośna i charcząca. A zamiast tego jest grzeczna i trzymana w ryzach. Szkoda, tym bardziej że nawet z taką upośledzoną produkcją jest to kawałek bardzo dobry. Nie zrozumcie mnie źle - nie oznacza to że całości słucha się w niskim komforcie. Większość utworów dobrze się z tym odnajduje. Żal jedynie, że osoby odpowiedzialne za końcowy rezultat potraktowały wszystko z jednego produkcyjnego kopyta.

Podsumowując. The Archandroid to dobra płyta, z dużymi pokładami miodności i z kilkoma perełkami. Jeśli ktoś poszukuje płyty, która oferuje dużą odmienność wrażeń, eliminuje prawie w całości nudę i wykopuje za drzwi monotonię - propozycja Janelle Monáe z 2010 roku wydaje mi się całkiem dobrym pomysłem. Mimo nie wszędzie pasującej produkcji.

niedziela, 14 maja 2017

Eurowizja 2017 - kobiałkowa analiza krytyczna oraz studium upadku

Kijów, 13,05,2017, Ukraina

Ogólnie od kilku lat jestem wiernym widzem i słuchaczem konkursów Eurowizji. I nie jest dziwnym to, że najczęściej za osobistego faworyta obieram sobie jakąś kobiałkę. W 2015 kibicowałem niejakiej Maraayi ze Słowenii (14. miejsce) a w roku 2016 trzymałem kciuki za bezczelną zrzynkę z Another One Bites to Dust Queen, czyli What's a Pressure Laury Tesoro (10. miejsce). Gdzieś tam w międzyczasie liczyłem na jakiś przyzwoity wynik Polski, ale albo wysyłaliśmy rzecz ogólnie słabą (Monika Kuszyńska) albo zwyczajnie zostaliśmy zwyczajnie niedoszacowani (szukałem tu w miarę kulturalnego słowa, proszę docenić) przez tzw. "profesionalne jury" (Szpak). Dodatkowo rok w rok wychodzi, że mało kto nas w tej Europie lubi, bo nie kojarzę, żebyśmy dostali jakieś bonusowe punkty za sąsiedztwo.

W tym roku konkurs obrodził w dość znaczną ilość pań z mikrofonem. Wczoraj po przesłuchaniu wszystkich utworów oddałbym wątrobę i jedną nerkę na zwycięstwo reprezentantki Belgii - Blanche z jej kawałkiem City Lights. Naprawdę solidna kompozycja z tak jakby ambitniejszym i chwytliwym refrenem. Żadne uga-buga, ekstazy przeżywane w refrenie i światła sceniczne widoczne z ciemnej strony Księżyca. Jedyne co mi do końca nie grało to dość niewyćwiczony wokal tej młodej kobiałki. Ale jeszcze będą z niej ludzie, nie mam wątpliwości.
 




Całkiem sympatyczne w ostatecznej ocenie było też rumuńskie jodłowanie w wykonaniu połowy duetu Ilinca i Alex Florea. Racja, jest to muzyka z gatunku odrobinę zbyt rakotwórczych, ale ze wstydem przyznaję że podobało mi się. Przy czym mam mieszane uczucia co do samego jodłowania. Miałem dziwne wrażenie, że to leci z taśmy. Nie wiem czy to możliwie, ale to wszystko brzmiało za czysto. Nie wiem, może pani Florea rzeczywiście tak świetnie dawała radę, ale niesmak jakiś pozostał. Rzecz do zweryfikowania. Plus za fakt, że rumuńska kobiałka wygrała w kategorii uroku i ładności.




Kolejne wyróżnienie kieruję w ręce ciut egzotycznej z pochodzenia reprezentantce Azerbejdżanu. Kompozycja totalnie nie eurowizyjna (co jest ogólnie dużo zaletą), ale dzięki temu brzmiąca całkiem imponująco. Brak w tym może i melodii, muzyka nie zostaje w głowie, kreacja sceniczna też jakaś taka niezrozumiała (zgadzam się z Orzechem), ale zawsze jakoś tam miło się robi, jak na tej muzycznej - nie bójmy się tego słowa - paraolimpiadzie usłyszy się coś mocniejszego, poważniejszego i tak dalej.





Podsumowując tę część - pod względem kobiecych wokali ten konkurs był całkiem udany. Nie wybitny, ale wstydu nie przynoszący. Życzyłbym sobie takiego poziomu za rok.


Kasia Moś - Flashlight - studium upadku, czyli dlaczego poszło tak źle. 

Przyznam. Jak co rok trzymałem za Polskę kciuki. Zdawałem sobie sprawę ze słabości kompozycji, ale gdzieś tam w sercu liczyłem że miejsce będzie przyzwoite (ot, na przykład TOP15).
Można zwalać na nieprzychylne jury, można dopatrywać się spisków żydowsko-masońskich. Niestety, trzeba popatrzeć na to na zimno - polska propozycja była słaba - albo co najmniej bezpłciowa. Zaczynając od prawie najgorszego rymu w historii muzyki (fire-desire-higher), który już na starcie obrzydził mi Flashlight (niemniej - cały czas wierzyłem i ufałem) a który przy okazji był tak fatalnie zaśpiewany, że zęby wypadały i bolały jednocześnie. Refren był kanciasty, jakby z żelbetonowego kloca, który nie miał najmniejszych szans z innymi kompozycjami z tego roku. Sama Kasia nie potrafiła sprzedać swojego utworu. Brak charyzmy, jakiejś choreografii czy nawet spoko sukienki. Smutne to, ale już pewnie 10 sekund po jej zejściu ze sceny nikt o niej nie pamiętał. A efekt ten spotęgował tylko fakt, że jako następna zaprezentowała się całkiem wesolutka para z Białorusi.
Duża część - w tym ja - kibiców Polski zapewne liczyła, że podobnie jak rok temu wyciągną ją za uszy głosy telewidzów. Nie tym razem. Co tylko świadczy o tym, że Polonia wcale nie rządzi i dzieli na Starym Kontynencie jak to sobie niektórzy wyobrażają. Nawet te przysłowiowe cycki słabo wyszły, bo gdzie Kasi Moś do reprezentantki np. Grecji.
Przy czym oczywiście muszę wspomnieć w tym miejscu, że prawie całe jury ogólnie mocno się zbłaźniło, bo ta grupa bliżej niezidentyfikowanych ludzi nadal rozdzielała głosy albo żeby zrobić dobrze sąsiadom - albo, żeby podciąć skrzydła konkurencji. Tak się nie robi. Rozumiem częściowo takie akcje ze strony widzów, ale "żri" powinno pozostać jednak przy uczciwej ocenie walorów artystycznych.

Podsumowując - nasz tegoroczny kandydat był bardzo słaby. Jeśli za rok chcemy coś ugrać to powinniśmy zastanowić się nad kimś, kto a) wie co robi; b) umie w angielski c) będzie się umiał jakoś sprzedać.

PS: doszły do mnie słuchy, że w 2018 powinnyśmy jako dumni Polacy wysłać jakiegoś człowieka uprawiającego "disco - polo". Brzmi trochę jak bardzo smutny żart, ale jeśli rzeczywiście do tego dojdzie to stracę jakikolwiek muzyczny szacunek do tego narodu. I żadne Brodki czy Riverside'y tego nie zmienią.

 


wtorek, 15 listopada 2016

Relacja: Katie Melua - Wrocław, 13 listopad 2016.


Jak mówi stare rzymskie przysłowie: "Życie jest za krótkie, żeby po raz kolejny przegapić koncert Katie". Jest w tym wiele mądrości - w okresie swojego uwielbienia do tej artystki przeszły mi koło nosa co najmniej dwa jej koncerty w Polsce. Kiedy tylko dowiedziałem się, że w listopadzie zagra w oberstowej stolicy kultury, czyli we Wrocławiu właściwie od razu poleciałem kupić bilet, bo do trzech razy sztuka czy coś.

Wiadomo było od dawna, że trasa będzie promowała najnowszą płytę Katie "In Winter". Mi osobiście przypadła do gustu, co jest do sprawdzenia w którymś z poprzednich wpisów na tym fantastycznym i poczytnym blogu. Inne recenzje nie były do końca tak entuzjastyczne, ale ani przez moment nie żałowałem, że setlista będzie zdominowana przez materiał nagrany z żeńskim chórem z Gori.

Osobiście udało mi się zdobyć całkiem fajne miejsce z prawej strony sceny. Fajne, bo miejsce na prawo ode mnie było już droższe, a widoczność była właściwie perfekcyjnie taka sama. How cool is that? Zaopatrując się wcześniej w super oficjalny i super za drogi, ale nie ważne Przewodnik po Trasie zająłem swoje miejsce między typową nauczycielką polskiego a przyszłą beneficjentką programu 500+ i w początkowym stadium Ciar grzecznie czekałem na rozpoczęcie. Wtem! na scenie pojawił się chór a razem z nimi pani obcięta na krótko. Wait a fukin' minute, czy to Kasia? Uf, jednak nie - to była tylko pani dyrygująca. Ulżyło mi, bo Kasia bez swoich długich włosów nie zasłużyłaby na moją bezinteresowną miłość tak naprawdę to nie. Wstęp, czyli The Little Swallow (Shchedryk) zabrzmiał bez kozery fantastycznie łamane przez fenomenalnie. Już na albumie było super, jednak na żywo to nie było porównania. Warto tutaj wspomnieć, że udźwiękowienie było bardzo dobre - głosy chóru zdawały się być niemożliwie wręcz perfekcyjne i gdybym nie wiedział, to pomyślałbym że to jakiś playback czy inne czary.


Sama Katie nie kazała na siebie długo czekać, bo już po minucie zjawiła się na scenie w 10/10 białej koronkowej sukience. Było dobrze, a miało być jeszcze lepiej. Po tym zgrabnym, ale dość krótkim wstępie pani Melua oznajmiła, że koncert będzie podzielony na dwie części. Pierwsza to zaprezentowanie całej płyty In Winter z nieprzerwanym wsparciem chóru. Druga natomiast to bardziej różnorodny wybór utworów z jej poprzednich płyt.

I tak zabrzmiały utwory zaczynając od River a kończąc na O Holy Night. Wszystkie brzmiały dobrze, ale moje serduszko i zwycięstwo w tej fazie koncertu zgarnęły dwa utwory - Dreams on Fire oraz All-Night Vigil-Nunc Dimittis. Pierwszy, bo zabrzmiał dużo lepiej niż na płycie. A to z powodu doskonalszego i bardziej chwytającego wokalu Katie. Drugi, bo już od chwili gdy przesłuchałem wersję albumową wiedziałem, że czynnik koncertowy uczyni z tej kompozycji rzecz wielką. Dodatkowo, mam wrażenie że zaprezentowana tu wersja była nieznacznie rozszerzona względem tego, co znalazło się na In Winter.

Po pierwszej odsłonie nastąpiła przerwa, która trwała wieczność (czyt. 20 minut). To był dobry moment dla ludzi, którzy: a) mieli słaby pęcherz i nie ogarnęli taktycznej wizyty w toalecie przez koncertem jak autor tego wpisu b) nie ogarnęli, że płyt się na koncertach nie kupuje, bo to rozbój c) musieli sprawdzić czy nie ma ich po drugiej stronie obiektu d) musieli zrobić zdjęcie na fb.

Druga część zaczęła się od coveru Johna Mayalla, czyli żywiołowego Crawling Up A Hill z pierwszej płyty Katie. Potem było trochę innych utworów innych artystów, trochę własnego materiału. Nie obyło się też oczywiście bez absolutnych przebojów pokroju Nine Million Bicycles czy Spider's Web. Oba utwory uwielbiam, a obecność tego drugiego to małe zaskoczenie, bo wcześniej Katie nie grała tego utworu. Przy czym był on chyba najlepszym momentem tamtego wieczoru w ogóle, bo autentycznie zaatakowała mnie taka fala ciar, że bałem się że wywołam poród u pani obok. Był jeszcze cudowny Belfast czy chwytający za gardło The Closest Thing to Crazy. 



Obowiązkowo trzeba wspomnieć, że oprócz Katie i chóru na scenie znalazło się miejsce zaledwie dla dwóch muzyków - basisty Tima Harriesa oraz klawiszowca Marka Edwardsa. Z jednej strony robiło to kameralny klimat, lecz z drugiej nie obraziłbym się za gitarzystę czy perkusistę.

Są takie chwile, które chciałoby się wziąć i zamknąć w magicznym pudełeczku, żeby można było do nich stale wracać. Niestety, naukowcy wolą zajmować się pierdołami pokroju leku na katar czy autami o napędzie wodnym. A koncert ten chyba już na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach na miejscu przeznaczonym dla najlepszych momentów ever. Mimo braku tego na pewno łatwego w stworzeniu magicznego pudełeczka.

PS: wydaje mi się, że idąc na koncert, każdy z widzów liczy na to, że to właśnie ich koncert będzie inny i wyróżni się w jakiś sposób spośród innych na tej trasie. Czy to wokalista wejdzie po pijaku na głośnik i techniczny będzie próbował go ściągnąć czy to basiście pękną gacie w połowie koncertu. Na koncercie z 13 listopada nic takiego nie miało miejsca. Za to - zapowiadając jeden z utworów - Katie maksymalnie uroczo i niespodziewanie dokonała aneksji mojego serduszka kichnęła. Fajne to było.

środa, 9 listopada 2016

Recenzja: Gwen Stefani - This Is What the Truth Feels Like


Gwen to Gwen. Uwielbiam ją z zespołem - mimo, że No Doubt zdaje się, totalnie się ostatnimi czasy pogubili. Jej solowe oblicze właściwie też lubię. Jasne, czasami wędruje ona totalnie - TOTALNIE - nie w moje rejony, ale jest kilka rzeczy w jej dyskografii, które z niezrozumiałych przyczyn uwielbiam i mam je na mojej krótkiej liście kobiałek na Spotify. Bardzo się zdziwiłem, że jakimś cudem udało mi się przegapić jej kolejną płytę, czyli This Is What the Truth Feels Like.

Tego rodzaju muzyka ma to do siebie, że jest ogólnie dość grząskim gruntem. Z jednej strony zdarza się jakiś całkiem olśniewający i komercyjny pop, bezczelnie nastawiony na hahahahahajs (np. Lana del Rey i jej debiut - ten drugi). Z drugiej strony rynek zalewany jest hektolitrami bardzo komercyjnego i bardzo wkurzającego popu - patrz: to co leci na RMFach czy kurde Eskach.

Nowa Gwen siedzi mniej więcej po środku. Z jednej strony większość płyty bardzo przyjemnie wchodzi, kilka refrenów jest naprawdę przyjemnych - z drugiej, jest tu parę minut muzyki za którą się wstydzę i smutno mi, że musiałem (czy tam chciałem) jej słuchać.Niemniej największą zaletą This Is What the Truth Feels Like jest nadal dobry i nadal charakterystyczny wokal Gwen Stefani. Nie wiem ile tam jest łatania a ile prawdziwych zgłosek, ale muszę przyznać, że na moje ucho całkiem nieźle i naturalnie się tego słucha.

Jeśli jacyś fani No Doubt liczyli, że na tej płycie znajdzie coś w tamtym klimacie to niestety zawiodą się tak samo mocno jak fani solowej Gwen, którzy zawsze się ślinią do The Sweet Escape czy What Are You Waiting For? Ci pierwsi najpewniej nie usłyszą tu ani pół gitary czy w ogóle żywych instrumentów - ci drudzy muszą się pogodzić z faktem, że tak jak nie wchodzi się do tej samej rzeki, tak samo nie pisze się dwa razy popu zahaczającego o wyśmienitość.

Co do innych wartych wspomnienia rzeczy to wypada napisać, że idealnie wpisuje się w aktualne trendy. Żaden (powtarzam, żodyn!) kawałek nie przekracza nudnych 4 minut. Przeważają singlowe 3 i pół minuty. Mimo mojej przychylności i ogólnej pobłażliwości takie rzeczy jak Naughty czy Red Flag mogłyby wpaść do otchłani razem z Balrogiem. No, po prostu nie. No i nie ma co się oszukiwać - jest tu też parę wiader (ilość porównywalna z tapetą, którą musi na siebie wrzucić Gwen żeby wyglądać tak, jak za czasów Don't Speak) banału, który w żadnym stopniu nie wyróżnia tej płyty.

Na szczęście jest tu troszeczkę fajnych rzeczy, jak na ten przykład Misery czy Truth. Inne rzeczy też brzmią nieźle. Serio, mogło być gorzej.