niedziela, 23 lipca 2017

Recenzja: Lana del Rey - Lust for Life


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że czuję do Lany del Rey całkiem przyzwoitą muzyczną sympatię. Całkiem niespodziewanie przekonałem się do jej światowego debiutu, czyli Born to Die. Był to pop na dość wysokim poziomie, z niezłymi melodiami i z pewną lekkością, która pozwalała wracać do tego albumu bez uczucia znużenia. Potem Lana wypuściła Ultraviolence. Do dzisiaj uznaję ją za bardzo dobrą płytę. I to nawet nie chodzi o twórczość kobiałkową. Zwyczajnie upodobałem sobie ten mocno bluesowy i ciężki wydźwięk albumu. A utwór West Coast do dzisiaj wydaje mi się całkiem wybitnym. Potem jeszcze wyszła płyta pt. Honeymoon. Bardzo słaba tak w ogóle. Nie wracam do niej, nie pamiętam dobrych momentów. Kiszka.

No dobra, ale czy nowe wydawnictwo Lany del Rey, czyli Lust for Love to powrót do dobrego grania? Nie. Smutno mi to pisać, ale przesłuchując ją ciężko mi znaleźć coś, co próbuje ją wyróżnić na plus. Na dodatek mam nieodparte wrażenie, że prawie cały materiał brzmi jak kontynuacja tego, co znalazło się na jej wcześniejszej, słabej płycie. Kompozycje są ciężkie i pozbawione dobrej melodii. Jasne, są może i lepsze momenty, które można skojarzyć z rzeczami z np. Ultraviolance ale nie dość, że jest ich mało to i tak są ledwo wyczuwalne, na granicy percepcji. 


Na pierwszych dwóch płytach Lana uczyniła z mruczenia do mikrofonu pewny rodzaj sztuki. Zgadzam się z tym, że po części wynikało to z braków warsztatowych tej wokalistki, jednak udawało jej się tworzyć przy tym całkiem przyzwoity klimat. Niestety, na najnowszej płycie sprzedaje się to już dość kiepsko. Wystarczy rzec, że najlepszą rzeczą z albumu jest kawałek tytułowy. I to głównie z tego powodu, że panna del Rey jest wspierana wokalnie przez kobiałkę z The Weeknd. Całość dzięki temu brzmi świeżo i jest to jeden z nielicznych promyczków radości na Lust for Love. No dobra, jeszcze In My Feelings brzmi nieźle. Refren ma nawet jakiś tam klimat starej Lany i jeśli miałbym wskazać coś godnego, to byłoby to właśnie to.


Tak w ogóle pełno na tej płycie duetów, bądź szeroko pojętych kolaboracji. Większość brzmi niestety jak przeciętna próba przyciągnięcia fanów z innych nisz muzycznych. Co to w ogóle za czasy, że raperzy są wrzucani wszędzie gdzie to tylko możliwe? Przecież te całe współprace sprowadzają się muzycznie właściwie do tego samego. Jakby odlanego z tej samej formy. Z pięciu utworów nagranych z innymi wykonawcami dobrze brzmi wyżej wspomniany utwór tytułowy i może od wielkiej biedy Beautiful People Beautiful Problems z gościnnym występem Stevie Nicks. Nic wielkiego, ale ten akurat duet brzmi dość naturalnie i przyzwoicie. 

Rozpaczliwie przeskakuję po albumie i szukam rzeczy fajnych. I bardzo kiepsko mi to idzie. Płyta Lust for Life jest w większości nudna, będąca krokiem w tym samym, kiepskim kierunku co Honeymoon i nie próbująca nawet w jakikolwiek sposób zafascynować słuchacza. Komercyjnie też przewiduję porażkę, bo próżno szukać tu przeboju, nadającego się na sympatyczny singiel. Rzadko mi się to zdarza, ale jest to płyta którą prawie w całości nie polecam i dość stanowczo odradzam. Dwa utwory to jest jednak za mało.

środa, 5 lipca 2017

Recenzja: Janelle Monáe - The ArchAndroid

Nie zawsze na tym blogu muszą się pojawiać miłe, przyjemne i zwiewne kobiałki. Zdarza mi się od czasu odbić w stronę dość prostego popu (Gwen Stefani) albo całkowicie przeciwnie - tak jak na przykład depresyjne klimaty z udziałem Julie Holter. Jednak jak żyje, chyba nigdy nie miałem okazję na mały flirt z muzyką R&B, tudzież z soulem. Proszę Państwa - oto Janelle Monáe.

Historia ta zaczęła się jak zazwyczaj się takie historie zaczynają - od RateYourMusic i Spotify. Najpierw patrzę, że średnia ocen nawet jakaś taka zachęcająca. Potem - już na własnym uchu - zarejestrowałem, że jest to muzyka, która okazyjnie może mi sprawić całkiem dużo radochy. Są to sytuacje z gatunku takich, których raczej nie przepuszczam.

Argumentem, który zadecydował, był chyba fakt, że muzyka zaprezentowana na The ArchAndroid jest radosna. Bezkompromisowo pędząca do przodu i koniec końców bardzo przyjemna dla ucha. Znaczny udział w tym ma z pewnością bardzo charakterystyczny i miło skrobiący po bębenkach tembr głosu pani Monáe. Dobrze sprawdza się w szybkich rapsach, dobrze w quasi-girlsbandowych numerach, przyzwoicie w spokojniejszych utworach i totalnie przebojowo w chwytliwych singlach (bądź rzeczach nadających się na single). Słuchając tego albumu z pewnością wokal nie jest tym, co jest w stanie zmęczyć. A już nawet na tym blogasku zdarzały się takie panie (Julia H. proszę się nie chować).

Czwarty akapit wydaje się dobrym, aby wspomnieć że The ArchAndroid jest albumem koncepcyjnym. Historia może i nie porywa (taki ogólnie banał o kobiecie-androidzie, miłości i innych typowych rzeczach), ale cieszy, że da się zauważyć należność między utworami na płycie. Znaczy, nie jest to jedynie skok na fanów ambitnej i poważnej muzyki. Jednocześnie nic nie stoi na przeszkodzie aby powyciągać co smakowitsze kąski i słuchać ich oddzielnie np. w samochodzie. Za to plusik.

No właśnie, skoro już o tym smakowitych kąskach mowa. Słucham tej płyty i słucham, ale nadal nie umiem się zdecydować co mi się tu właściwie najbardziej podoba. Z jednej strony czuję się porwany popowym i bardzo radosnym Faster, jednak nie zapominam o swoich muzycznych fetyszach i naprawdę mocno szanuję Oh, Maker. Dobrymi momentami są również rockowy i charakterny (mimo produkcji, o tym jednak później) Come Alive (The War of the Roses), nadający się na przebój Cold War czy też naznaczony elektroniką Wonderland. Dobrym towarem są też flirty z rapem, czyli Dance or Die oraz Tightrope (warto wspomnieć, że są to duety, niestety pseudonimy panów nic mi nie mówią).

Są też i momenty średnie, bądź też dość słabe. Ot, druga połowa albumu mnie trochę rozczarowała. Jest spokojniej, wręcz balladowo. Z tym że przybyłem tu kręcić zadem i tupać nóżką a nie grzecznie słuchać ballady w stylu BabopbyeYa (rzecz najdłuższa na płycie i niestety raczej najnudniejsza, tak się nie kończy albumów). Takie utwory jak Make the Bus czy Neon Valley Street też są z gatunku szybko wpadają, szybko wypadają. 

Oddzielny akapit i oddzielny zarzut dla produkcji, która nie wszędzie daje radę. Ubolewam, ale wokal ma momentami problemy z przebiciem się na pierwszy plan. Ponosi również totalną porażkę z rockerem Come Alive. Gitara powinna być tu głośna i charcząca. A zamiast tego jest grzeczna i trzymana w ryzach. Szkoda, tym bardziej że nawet z taką upośledzoną produkcją jest to kawałek bardzo dobry. Nie zrozumcie mnie źle - nie oznacza to że całości słucha się w niskim komforcie. Większość utworów dobrze się z tym odnajduje. Żal jedynie, że osoby odpowiedzialne za końcowy rezultat potraktowały wszystko z jednego produkcyjnego kopyta.

Podsumowując. The Archandroid to dobra płyta, z dużymi pokładami miodności i z kilkoma perełkami. Jeśli ktoś poszukuje płyty, która oferuje dużą odmienność wrażeń, eliminuje prawie w całości nudę i wykopuje za drzwi monotonię - propozycja Janelle Monáe z 2010 roku wydaje mi się całkiem dobrym pomysłem. Mimo nie wszędzie pasującej produkcji.

niedziela, 14 maja 2017

Eurowizja 2017 - kobiałkowa analiza krytyczna oraz studium upadku

Kijów, 13,05,2017, Ukraina

Ogólnie od kilku lat jestem wiernym widzem i słuchaczem konkursów Eurowizji. I nie jest dziwnym to, że najczęściej za osobistego faworyta obieram sobie jakąś kobiałkę. W 2015 kibicowałem niejakiej Maraayi ze Słowenii (14. miejsce) a w roku 2016 trzymałem kciuki za bezczelną zrzynkę z Another One Bites to Dust Queen, czyli What's a Pressure Laury Tesoro (10. miejsce). Gdzieś tam w międzyczasie liczyłem na jakiś przyzwoity wynik Polski, ale albo wysyłaliśmy rzecz ogólnie słabą (Monika Kuszyńska) albo zwyczajnie zostaliśmy zwyczajnie niedoszacowani (szukałem tu w miarę kulturalnego słowa, proszę docenić) przez tzw. "profesionalne jury" (Szpak). Dodatkowo rok w rok wychodzi, że mało kto nas w tej Europie lubi, bo nie kojarzę, żebyśmy dostali jakieś bonusowe punkty za sąsiedztwo.

W tym roku konkurs obrodził w dość znaczną ilość pań z mikrofonem. Wczoraj po przesłuchaniu wszystkich utworów oddałbym wątrobę i jedną nerkę na zwycięstwo reprezentantki Belgii - Blanche z jej kawałkiem City Lights. Naprawdę solidna kompozycja z tak jakby ambitniejszym i chwytliwym refrenem. Żadne uga-buga, ekstazy przeżywane w refrenie i światła sceniczne widoczne z ciemnej strony Księżyca. Jedyne co mi do końca nie grało to dość niewyćwiczony wokal tej młodej kobiałki. Ale jeszcze będą z niej ludzie, nie mam wątpliwości.
 




Całkiem sympatyczne w ostatecznej ocenie było też rumuńskie jodłowanie w wykonaniu połowy duetu Ilinca i Alex Florea. Racja, jest to muzyka z gatunku odrobinę zbyt rakotwórczych, ale ze wstydem przyznaję że podobało mi się. Przy czym mam mieszane uczucia co do samego jodłowania. Miałem dziwne wrażenie, że to leci z taśmy. Nie wiem czy to możliwie, ale to wszystko brzmiało za czysto. Nie wiem, może pani Florea rzeczywiście tak świetnie dawała radę, ale niesmak jakiś pozostał. Rzecz do zweryfikowania. Plus za fakt, że rumuńska kobiałka wygrała w kategorii uroku i ładności.




Kolejne wyróżnienie kieruję w ręce ciut egzotycznej z pochodzenia reprezentantce Azerbejdżanu. Kompozycja totalnie nie eurowizyjna (co jest ogólnie dużo zaletą), ale dzięki temu brzmiąca całkiem imponująco. Brak w tym może i melodii, muzyka nie zostaje w głowie, kreacja sceniczna też jakaś taka niezrozumiała (zgadzam się z Orzechem), ale zawsze jakoś tam miło się robi, jak na tej muzycznej - nie bójmy się tego słowa - paraolimpiadzie usłyszy się coś mocniejszego, poważniejszego i tak dalej.





Podsumowując tę część - pod względem kobiecych wokali ten konkurs był całkiem udany. Nie wybitny, ale wstydu nie przynoszący. Życzyłbym sobie takiego poziomu za rok.


Kasia Moś - Flashlight - studium upadku, czyli dlaczego poszło tak źle. 

Przyznam. Jak co rok trzymałem za Polskę kciuki. Zdawałem sobie sprawę ze słabości kompozycji, ale gdzieś tam w sercu liczyłem że miejsce będzie przyzwoite (ot, na przykład TOP15).
Można zwalać na nieprzychylne jury, można dopatrywać się spisków żydowsko-masońskich. Niestety, trzeba popatrzeć na to na zimno - polska propozycja była słaba - albo co najmniej bezpłciowa. Zaczynając od prawie najgorszego rymu w historii muzyki (fire-desire-higher), który już na starcie obrzydził mi Flashlight (niemniej - cały czas wierzyłem i ufałem) a który przy okazji był tak fatalnie zaśpiewany, że zęby wypadały i bolały jednocześnie. Refren był kanciasty, jakby z żelbetonowego kloca, który nie miał najmniejszych szans z innymi kompozycjami z tego roku. Sama Kasia nie potrafiła sprzedać swojego utworu. Brak charyzmy, jakiejś choreografii czy nawet spoko sukienki. Smutne to, ale już pewnie 10 sekund po jej zejściu ze sceny nikt o niej nie pamiętał. A efekt ten spotęgował tylko fakt, że jako następna zaprezentowała się całkiem wesolutka para z Białorusi.
Duża część - w tym ja - kibiców Polski zapewne liczyła, że podobnie jak rok temu wyciągną ją za uszy głosy telewidzów. Nie tym razem. Co tylko świadczy o tym, że Polonia wcale nie rządzi i dzieli na Starym Kontynencie jak to sobie niektórzy wyobrażają. Nawet te przysłowiowe cycki słabo wyszły, bo gdzie Kasi Moś do reprezentantki np. Grecji.
Przy czym oczywiście muszę wspomnieć w tym miejscu, że prawie całe jury ogólnie mocno się zbłaźniło, bo ta grupa bliżej niezidentyfikowanych ludzi nadal rozdzielała głosy albo żeby zrobić dobrze sąsiadom - albo, żeby podciąć skrzydła konkurencji. Tak się nie robi. Rozumiem częściowo takie akcje ze strony widzów, ale "żri" powinno pozostać jednak przy uczciwej ocenie walorów artystycznych.

Podsumowując - nasz tegoroczny kandydat był bardzo słaby. Jeśli za rok chcemy coś ugrać to powinniśmy zastanowić się nad kimś, kto a) wie co robi; b) umie w angielski c) będzie się umiał jakoś sprzedać.

PS: doszły do mnie słuchy, że w 2018 powinnyśmy jako dumni Polacy wysłać jakiegoś człowieka uprawiającego "disco - polo". Brzmi trochę jak bardzo smutny żart, ale jeśli rzeczywiście do tego dojdzie to stracę jakikolwiek muzyczny szacunek do tego narodu. I żadne Brodki czy Riverside'y tego nie zmienią.

 


wtorek, 15 listopada 2016

Relacja: Katie Melua - Wrocław, 13 listopad 2016.


Jak mówi stare rzymskie przysłowie: "Życie jest za krótkie, żeby po raz kolejny przegapić koncert Katie". Jest w tym wiele mądrości - w okresie swojego uwielbienia do tej artystki przeszły mi koło nosa co najmniej dwa jej koncerty w Polsce. Kiedy tylko dowiedziałem się, że w listopadzie zagra w oberstowej stolicy kultury, czyli we Wrocławiu właściwie od razu poleciałem kupić bilet, bo do trzech razy sztuka czy coś.

Wiadomo było od dawna, że trasa będzie promowała najnowszą płytę Katie "In Winter". Mi osobiście przypadła do gustu, co jest do sprawdzenia w którymś z poprzednich wpisów na tym fantastycznym i poczytnym blogu. Inne recenzje nie były do końca tak entuzjastyczne, ale ani przez moment nie żałowałem, że setlista będzie zdominowana przez materiał nagrany z żeńskim chórem z Gori.

Osobiście udało mi się zdobyć całkiem fajne miejsce z prawej strony sceny. Fajne, bo miejsce na prawo ode mnie było już droższe, a widoczność była właściwie perfekcyjnie taka sama. How cool is that? Zaopatrując się wcześniej w super oficjalny i super za drogi, ale nie ważne Przewodnik po Trasie zająłem swoje miejsce między typową nauczycielką polskiego a przyszłą beneficjentką programu 500+ i w początkowym stadium Ciar grzecznie czekałem na rozpoczęcie. Wtem! na scenie pojawił się chór a razem z nimi pani obcięta na krótko. Wait a fukin' minute, czy to Kasia? Uf, jednak nie - to była tylko pani dyrygująca. Ulżyło mi, bo Kasia bez swoich długich włosów nie zasłużyłaby na moją bezinteresowną miłość tak naprawdę to nie. Wstęp, czyli The Little Swallow (Shchedryk) zabrzmiał bez kozery fantastycznie łamane przez fenomenalnie. Już na albumie było super, jednak na żywo to nie było porównania. Warto tutaj wspomnieć, że udźwiękowienie było bardzo dobre - głosy chóru zdawały się być niemożliwie wręcz perfekcyjne i gdybym nie wiedział, to pomyślałbym że to jakiś playback czy inne czary.


Sama Katie nie kazała na siebie długo czekać, bo już po minucie zjawiła się na scenie w 10/10 białej koronkowej sukience. Było dobrze, a miało być jeszcze lepiej. Po tym zgrabnym, ale dość krótkim wstępie pani Melua oznajmiła, że koncert będzie podzielony na dwie części. Pierwsza to zaprezentowanie całej płyty In Winter z nieprzerwanym wsparciem chóru. Druga natomiast to bardziej różnorodny wybór utworów z jej poprzednich płyt.

I tak zabrzmiały utwory zaczynając od River a kończąc na O Holy Night. Wszystkie brzmiały dobrze, ale moje serduszko i zwycięstwo w tej fazie koncertu zgarnęły dwa utwory - Dreams on Fire oraz All-Night Vigil-Nunc Dimittis. Pierwszy, bo zabrzmiał dużo lepiej niż na płycie. A to z powodu doskonalszego i bardziej chwytającego wokalu Katie. Drugi, bo już od chwili gdy przesłuchałem wersję albumową wiedziałem, że czynnik koncertowy uczyni z tej kompozycji rzecz wielką. Dodatkowo, mam wrażenie że zaprezentowana tu wersja była nieznacznie rozszerzona względem tego, co znalazło się na In Winter.

Po pierwszej odsłonie nastąpiła przerwa, która trwała wieczność (czyt. 20 minut). To był dobry moment dla ludzi, którzy: a) mieli słaby pęcherz i nie ogarnęli taktycznej wizyty w toalecie przez koncertem jak autor tego wpisu b) nie ogarnęli, że płyt się na koncertach nie kupuje, bo to rozbój c) musieli sprawdzić czy nie ma ich po drugiej stronie obiektu d) musieli zrobić zdjęcie na fb.

Druga część zaczęła się od coveru Johna Mayalla, czyli żywiołowego Crawling Up A Hill z pierwszej płyty Katie. Potem było trochę innych utworów innych artystów, trochę własnego materiału. Nie obyło się też oczywiście bez absolutnych przebojów pokroju Nine Million Bicycles czy Spider's Web. Oba utwory uwielbiam, a obecność tego drugiego to małe zaskoczenie, bo wcześniej Katie nie grała tego utworu. Przy czym był on chyba najlepszym momentem tamtego wieczoru w ogóle, bo autentycznie zaatakowała mnie taka fala ciar, że bałem się że wywołam poród u pani obok. Był jeszcze cudowny Belfast czy chwytający za gardło The Closest Thing to Crazy. 



Obowiązkowo trzeba wspomnieć, że oprócz Katie i chóru na scenie znalazło się miejsce zaledwie dla dwóch muzyków - basisty Tima Harriesa oraz klawiszowca Marka Edwardsa. Z jednej strony robiło to kameralny klimat, lecz z drugiej nie obraziłbym się za gitarzystę czy perkusistę.

Są takie chwile, które chciałoby się wziąć i zamknąć w magicznym pudełeczku, żeby można było do nich stale wracać. Niestety, naukowcy wolą zajmować się pierdołami pokroju leku na katar czy autami o napędzie wodnym. A koncert ten chyba już na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach na miejscu przeznaczonym dla najlepszych momentów ever. Mimo braku tego na pewno łatwego w stworzeniu magicznego pudełeczka.

PS: wydaje mi się, że idąc na koncert, każdy z widzów liczy na to, że to właśnie ich koncert będzie inny i wyróżni się w jakiś sposób spośród innych na tej trasie. Czy to wokalista wejdzie po pijaku na głośnik i techniczny będzie próbował go ściągnąć czy to basiście pękną gacie w połowie koncertu. Na koncercie z 13 listopada nic takiego nie miało miejsca. Za to - zapowiadając jeden z utworów - Katie maksymalnie uroczo i niespodziewanie dokonała aneksji mojego serduszka kichnęła. Fajne to było.

środa, 9 listopada 2016

Recenzja: Gwen Stefani - This Is What the Truth Feels Like


Gwen to Gwen. Uwielbiam ją z zespołem - mimo, że No Doubt zdaje się, totalnie się ostatnimi czasy pogubili. Jej solowe oblicze właściwie też lubię. Jasne, czasami wędruje ona totalnie - TOTALNIE - nie w moje rejony, ale jest kilka rzeczy w jej dyskografii, które z niezrozumiałych przyczyn uwielbiam i mam je na mojej krótkiej liście kobiałek na Spotify. Bardzo się zdziwiłem, że jakimś cudem udało mi się przegapić jej kolejną płytę, czyli This Is What the Truth Feels Like.

Tego rodzaju muzyka ma to do siebie, że jest ogólnie dość grząskim gruntem. Z jednej strony zdarza się jakiś całkiem olśniewający i komercyjny pop, bezczelnie nastawiony na hahahahahajs (np. Lana del Rey i jej debiut - ten drugi). Z drugiej strony rynek zalewany jest hektolitrami bardzo komercyjnego i bardzo wkurzającego popu - patrz: to co leci na RMFach czy kurde Eskach.

Nowa Gwen siedzi mniej więcej po środku. Z jednej strony większość płyty bardzo przyjemnie wchodzi, kilka refrenów jest naprawdę przyjemnych - z drugiej, jest tu parę minut muzyki za którą się wstydzę i smutno mi, że musiałem (czy tam chciałem) jej słuchać.Niemniej największą zaletą This Is What the Truth Feels Like jest nadal dobry i nadal charakterystyczny wokal Gwen Stefani. Nie wiem ile tam jest łatania a ile prawdziwych zgłosek, ale muszę przyznać, że na moje ucho całkiem nieźle i naturalnie się tego słucha.

Jeśli jacyś fani No Doubt liczyli, że na tej płycie znajdzie coś w tamtym klimacie to niestety zawiodą się tak samo mocno jak fani solowej Gwen, którzy zawsze się ślinią do The Sweet Escape czy What Are You Waiting For? Ci pierwsi najpewniej nie usłyszą tu ani pół gitary czy w ogóle żywych instrumentów - ci drudzy muszą się pogodzić z faktem, że tak jak nie wchodzi się do tej samej rzeki, tak samo nie pisze się dwa razy popu zahaczającego o wyśmienitość.

Co do innych wartych wspomnienia rzeczy to wypada napisać, że idealnie wpisuje się w aktualne trendy. Żaden (powtarzam, żodyn!) kawałek nie przekracza nudnych 4 minut. Przeważają singlowe 3 i pół minuty. Mimo mojej przychylności i ogólnej pobłażliwości takie rzeczy jak Naughty czy Red Flag mogłyby wpaść do otchłani razem z Balrogiem. No, po prostu nie. No i nie ma co się oszukiwać - jest tu też parę wiader (ilość porównywalna z tapetą, którą musi na siebie wrzucić Gwen żeby wyglądać tak, jak za czasów Don't Speak) banału, który w żadnym stopniu nie wyróżnia tej płyty.

Na szczęście jest tu troszeczkę fajnych rzeczy, jak na ten przykład Misery czy Truth. Inne rzeczy też brzmią nieźle. Serio, mogło być gorzej.

niedziela, 23 października 2016

Recenzja: Katie Melua - In Winter



Chodzą plotki, że Katie od 10 lat rok w rok zdobywa tytuł Najładniejszej Gruzinki. Tak słyszałem. Tak naprawdę to nie. Czy kolejna płyta tej bezsprzecznie pięknej pani ma szansę na Najlepszą Gruzińską Płytę Ever Od Czasów Ostatniej Płyty Katie? Śmiem wątpić. Niemniej mogę tu i teraz zaryzykować stwierdzenie, że nie jest to płyta słaba czy nudna - jest piękna (nie w całości, ale w wielu miejscach). Do rzeczy (to nie jest product placement).

 Ogólnie w oczekiwaniu na In Winter nadzieja mieszała mi się z niepewnością a ta dodatkowo ze sceptycyzmem. Zaproszenie do udział chóru prosto z Gruzji mogło być albo najgenialniejszym manewrem w ogóle albo klapą i poziomem Secret Symphony/10. Jakiś czas później zaczęły się ukazywać zapowiedzi płyty typu Dreams on Fire, które to w ogóle mnie nie grzały. Trauma sprzed premiery SS (niefortunny skrót) wróciła z podwójną siłą. Rzeczywistość okazała się na szczęście nie taka okrutna. W kilku linijkach niżej co odważniejsi mogą się przekonać dlaczego.

Album zaczyna się naprawdę brawurowo. The Little Swallow to tradycyjna ukraińska - ogólnie bardzo tu tradycjonalizmów - pieśń około noworoczna/około świąteczna, którą na dodatek praktycznie każdy gdzieś już słyszał pod bardziej popularnym angielskim tytułem Carol of the Bells. Chórzystki z Gori dają tu popis że ciary. W tym momencie odetchnąłem z ulgą, bo skoro cały album ma się się opierać na chóralnych aranżacjach to po pierwszym utworze na płycie doszedłem do wniosku, że to już nie może się nie udać.

Potem jednak się okazało, że wsparcie JużnietakurodziwychjakKatiepań momentami sprowadza się do prostych "Uuu czy Oooo". Wiadomo, im więcej Katie tym weselej, ale mam wrażenie, że gdyby chórki dostały więcej swobody to album byłby tylko lepszy. Bo kiedy wychodzi on na pierwszy plan (The Little Swallow, Crandle Song czy All-Night Vigil-Nunc Dimittis) to robi się mokro w majtkach wspaniale. Naprawdę, bez przesady powiem, że część z tych utworów z powodzeniem będzie do mnie jeszcze długo wracać a nawet ma szansę o TOP10 Katie. A to już nie w kij dmuchał.

W ogóle jako fan kobiałek wszelkiej maści nie mogę powstrzymać się przed przytoczeniem przykładu Kate Bush i jej Bułgarskiej Trójki znanej z kliku niezłych niezapomnianych albumów. Tyle że u pani Krzak chórki były bardziej przebojowe i nowoczesne i wpasowujące się w zamysł samej Kate. U Katie chór to jednak tradycja pełną gębą jest. Są chwile, że klimat Świąt w tym religijnym znaczeniu wylewa się z głośników i rozlewa po okolicy. Tym samym właściwie odpowiedziałem na pytanie czy stwierdza się na In Winter klimat. Stwierdza się. Można się rozejść.  

Płyta jest bardzo spokojna, nostalgiczna i subtelna. Raz jeden robi się ciut bardziej przebojowo na A Time To Buy, ale na chwilę obecną wydaje mi się rzeczą na płycie najsłabszą. Niby refren wchodzi do głowy i nawet nie chce za bardzo wyjść, ale nie do końca pasuje mi na tym albumie. Jak to się mówi - płyta bez tego utworu za wiele by nie straciła.

Ciekawie się robi, kiedy Katie zaczyna śpiewać nie po angielsku. A śpiewa po rosyjsku, ukraińsku i - trzymajta się mocno - gruzińsku! No kto by przewidział? If You Are So Beautiful - bo o nim mowa - jest utworem, gdzie chór z Gori sprawiedliwie dzieli się obowiązkami wokalnymi z Katie. Jest ładnie i tradycyjnie do bólu, ale to jeszcze nie jest coś, co mną tak porządnie, po wschodniu wstrząsnęło. A wstrząsnęła mną aranżacja kompozycji niejakiego Siergieja Wasiljewicza Rachmaninowa. 

Tak jest. All-Night Vigil-Nunc Dimittis powstała jeszcze przed Rewolucją, która przyniosła biedę, ludobójstwa i nieśmieszne memy w internecie Wolność, Równość i śmieszne memy w internecie. Przepiękna rzecz, zwłaszcza w drugiej połowie, kiedy chór wchodzi na obroty, tak że pani Melua z ledwością się przez nie przebija. Ciary w oczach i świeczki na Teidzie. Ogólnie utwory mogą być ładne, fajne czy genialne. To tutaj jest po prostu piękne i Secret Symphony w oko tym, którym się to nie spodoba.


Im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej ją kocham. Jeszcze parę dni temu byłem daleko od zachwytów, ale teraz po prostu podoba mi się ta płyta, a w części jestem zwyczajnie zakochany. Ponoć Prawdziwi Fani Dream Theater muzyki twierdzą, że płytę swojego ulubionego zespołu trzeba wałkować aż podejdzie. Mi In Winter podeszła za trzecim razem. Za czwartym zastanawiam się, co ja będę robił do czasu koncertu we Wrocławiu.

TOP tej płyty, po prostu muszę.

10. A Time to Buy - nie pasuje mi tutaj. Jest niby ok, ale no po prostu nie.
9. Plane Song - inspiracja Cradle Song. Wyczuwam, ale nie doceniam tak jakbym chciał.
8. Perfect World - banał w refrenach to już ganiłem na Secret Symphony. Tu jest podobnie.
7. If You Are So Beautiful - ładne, ale z tradycyjnych zapożyczeń tutaj jest najbardziej średnio.
6. Dreams on Fire - ok po prostu.
5. River - lubię mocno, bo i ładna melodia i ładne tło.
4. O Holy Night - Święta Bożego Narodzenia mocno. Pasterkował bym.
3. Cradle Song - Magia Świąt, fenomenalna robota chóru. Mimo braku Katie jest cudownie i ciary.
2.  The Little Swallow - to samo co wyżej, ale jest Katie więc jest jedno miejsce wyżej.
1. All-Night Vigil-Nunc Dimittis - zakochałem się, na koncercie będę płakał. Ocena: :______:/10


PS: Polecam zapamiętać, bo pod choinkę płyta jest jak znalazł.

wtorek, 27 września 2016

Recenzja: Katie Melua - Ketevan

Wpis super archiwalny, bo sprzed 3 lat prawie. Znalazłem na końcach internetu, przeczytałem i doszedłem do wniosku, że praktycznie z całością się zgadzam. Wychodzi na to, że ta płyta rzeczywiście jest dobra. Idealna przystawka przed nową płytą Katie, która wychodzi już za chwilę już za momencik. 






Po ostatniej dość bolesnej wpadce z Secret Symphony naprawdę bardzo mocno trzymałem kciuki za powodzenie kolejnego albumu. Wiecie, kwestia osobista.
Zły Marillion mogę przeżyć, politykę Queen mogę przeżyć, ale sucharka od pani Melua już nie za bardzo. Wprawdzie na SS był jakiś pomysł (orkiestra), ale bardzo przeciętnie to wyszło. Wracam do może 3,4 utworów z tej płyty. I to do tych lżejszych, bo te niby hajlajty okazały się bardzo łatwo wypadającymi i bezbarwnymi kawałkami. Ale dobra, koniec tych płaczów. Czas na danie główne.

Pierwsze co rzuca się w oczy - dosłownie - to okładka nowej płyty. Chyba najlepsza ze wszystkich. Pomijając fakt, że Kasia ma tutaj proste włosy (:__:) to wszystko jest bardzo udane. I tło (ręcznie malowane zdaje się) i kompozycja i to że idealnie odzwierciedla zawartość płyty. Wystarczy na razie powiedzieć, że idealnie pasuje do najlepszej kompozycji na płycie. Ale o tym ciut dalej będzie.

Zacznijmy, jak to zazwyczaj się robi, czyli od początku. Pierwszym numerem na płycie jest napisany przez Mike'a Batta utwór Never Felt Less Like Dancing. Powiem szczerze - nigdy nie byłem przekonany do niego, jako do kompozytora. Niestety, dość często na poprzednich płytach wyręczał Kasię i wychodziło to co najwyżej nieźle. A na najnowszej płycie jest aż 6 kompozycji do których przyłożył rękę. Obawiałem się trochę tego, ale nadzieja ponoć matką głupich, więc wypadało się jej kurczowo trzymać.
Całe szczęście otwieracz to piękny kawałek muzyki. Bardzo oszczędna aranżacja - tylko bas i pianino przez większość utworu. Dodatkowo to tutaj Katie najcudowniej zaśpiewała. Całość sprawia wrażenie bardzo osobistej kompozycji. Bardzo ładny tekst został tu popełniony. Niezbyt wymyślne słowa, ale trafiający prosto w serce i momentami ciarogenne ("never felt more like weeping"). Cudowny otwieracz, ni mniej ni więcej.
Kolejny utwór na płycie to Sailing Ships From Heaven. Mógłbym zachować się chociaż trochę powściągliwie, ale co się będę pierniczył w tańcu - to jest najlepszy utwór na płycie i absolutnie jeden z najlepszych numerów Kasi EVER. Wybitny klimat, melodia i wokal. Nie jestem pewny, ale tekst traktuje o czymś głębszym niż się wstępnie wydaje. Muszę to sobie ogarnąć, bo mam wrażenie, że mogę ten kawałek pokochać jeszcze bardziej. Jak wspominałem na początku - okładka płyty i ten utwór to dla mnie idealne uzupełnienie. Całość uzupełniają kunsztowne klawisze i nadająca charakteru całości orkiestra. Szczerze mówiąc chyba nikt w internetach (RYM and shit) nie docenia tego utworu tak jak ja. Chędożyć ich, nie znają się.
No i znowu ten Batt. Ten facet chyba jest w życiowej formie kompozytorskiej.

Dobrze, na razie po dwóch kawałkach jest bardzo dobrze, z tendencją do cudownie. Kto ciekawy jak sprawa ma się dalej?

Czas na singiel. Love Is A Silent Thief to bardzo wolno płynąca kompozycja. Przynajmniej przez pierwsze kilkanaście sekund. Potem Kasia jedzie z koksem jak zawodowy koksownik. Tempo wzrasta, muzycznie zaczyna się dziać tyle, że ojacie a Katie prowadzi to wszystko swoim wokalem jako i powinno się to poprowadzić. Sam tekst jest - niespodzianka! - o miłości. Jakimś cudem nikt tu nie popada w banał, niektóre stwierdzenia są wyjątkowo oryginalne, jednak nie przekombinowane. Nawet mam kilka ulubionych ("Love is a parasite" i "Love is a language/Without an alphabet"). O, i jeszcze warto wspomnieć o dwu rzeczach - to pierwszy utwór na płycie w którym przy pisaniu udzieliła się sama Kasia oraz trzeba zaznaczyć że bardzo warto obejrzeć teledysk. Bardzo interesujący. Bardzo. Coś za dużo bardzo. Bardzo.
Dalej mamy kawałek nie do końca w stylu tej pani. To taki lekki erotyk IMO. To nie znaczy, że zły czy coś. Wprost przeciwnie. Nie jest to utwór o którym ktoś powie, że jest najlepszy na płycie. Nikt też nie powie że jest najgorszy. Taka grzałka, która zmienia trochę klimat na płycie. Osobiście bardzo często sobie puszczam, bo bardzo przyjemnie się go słucha jako coś wyrwane z całości. Każdy instrument jest na swoim miejscu, przez co całość zdecydowanie może porwać a Kasia tu mruczy totalnie uroczo - jest taki moment pod koniec kiedy gitara przygrywa coś na styl riffu a Katie uzupełnia luki w tym swoją mruczanką - totalnie warto poznać. Bardzo lubię tutejszą ósemkę. Ktoś z internetów słusznie zauważył że klimatem przypomina ona twórczość panny Lany (nawet maniera jest podobna). I rzeczywiście - jakby ten fragment wyciągnąć i wstawić do któregoś z lepszych utworów wyżej wspomnianej śpiewaczki to mało kto by się zorientował.
Środek płyty to lekka obniżka formy. Oczywiście nadal jest ładnie i słodko - wystarczy rzec, że The Love I'm Frightened Of na poprzedniej płycie to byłaby jedna z 3 najlepszych kompozycji. Natomiast Where Does The Ocean Go? to przyzwoity i potrafiący oczarować, ale nadal lekki banał. Zwłaszcza zwrotki. Bo refren to jednak ta lepsza część utworu. Ładna melodia, dość ciekawy klimat - tego nie można tej kompozycji odmówić. Jednak obawiam się że przypadkowy słuchać określi ją jako straszne nudy. Ja osobiście lubię, chociaż nie szaleję ze szczęścia.
Kolejny utwór na płycie to Idiot School. Pierwsze co wpada w ucho to bardzo monotonny podkład. Jednak coś innego w bardzo dobrym stylu wyróżnia ten utwór. No oczywiście że tekst. Lekko prześmiewczy, humorystyczny i przerysowany a przy tym niesamowicie wpadający w ucho. I tu mały konkurs. Co Katie miała na myśli w nieukończonej frazie ("You gave all your loving to me/I gave you a kick in the...)? Zwycięzca może się kopnąć w wybrane miejsce.
O, a teraz czas na bardzo superaśny kawałek. Mad, Mad Men darzę miłością znaczną. Bo jak tu nie kochać kawałka z tak niesamowicie sympatycznymi chórkami? Zresztą cały kawałek jest prowadzony w niezwykle radosnym klimacie. Instrumenty roxują i robią świetną robotę. I w końcu mamy tutaj bardzo jasny i inspirujący przekaz – "każdy może zmienić świat". No przecież!
Dobra, jak wcześniejsze kawałki mogły być dla niektórych (większości) nudne to jeszcze nie słyszeliście Chase Me. Kompozycja prowadzona w bardzo leniwym tempie. Słuchając pierwszej minuty można już w zasadzie mieć pojęcie o całej kompozycji. Nic tu nie zaskakuje, nic nie wywołuje większych emocji. Ot, całkiem przyjemny, ale przelatujący gdzieś w tle kawałek. Chyba najsłabszy na płycie. Mimo to warto się wsłuchać chociaż przez chwilę w tło muzyczne kawałka. Można docenić, bo zaiste powiadam muzyka tutaj jest dobra.
I pomyśleć że na Secret Symphony najsłabszy kawałek na płycie był fatalny, a tutaj najsłabszy kawałek jest w zasadzie najmniej fajny.
Kolejny utwór jest uroczy. Po prostu. I Never Fall to subtelne klawisze – duch Marillion się unosi – i niemniej subtelny wokal. Ogólnie mówiąc mamy do czynienia ze Standardową Piosenką o Miłości wg Kasi. Jest melancholijnie, jest przyjemnie, jest w porządku. W związku z długością/krótkością tego utworu można powiedzieć że mamy do czynienia ze wstępem do ostatniej kompozycji na płycie.
Pierwszy singiel, kawałek który dał mi nadzieję że to będzie dobra płyta. I Will Be There to Stuprocentowa Kasia, nie siląca się na nie wiadomo co. Jest orkiestra, która tak paskudnie zdominowała poprzednią płytę. Jednak tutaj robi bardzo ładne tło i przestrzeń. Nic wielkiego, ale bardzo uprzyjemnia wrażenia ogólne. Dodajmy do tego gitarowe smaczki oraz piękny tekst i mamy przepis na singla (który przepycha się w ogonie LP3, phi!). Solidne zakończenie bardzo dobrej płyty.


Czas na podsumowania. W zasadzie powinienem skrócić to co napisałem wyżej i dodać jeszcze więcej słów takich jak "bardziej" "lepiej" "cudownie" "przepięknie" "bajecznie" i tak dalej i tym podobne. Ale już nie będę taki, bo jeszcze ktoś puści pawia od tej słodyczy.
Płyta jest bardzo dobra. Jako że fanatyzm ma swoje prawa to nawet napiszę, że to mocny kandydat do najlepszej płyty Katie EVER. No serio. Masa oryginalnych pomysłów, złamana monotonia. Kasia nadal pokazuje że potrafi zaskoczyć. Gdy trzeba pokazuje pazurki a gdy trzeba to nieźle buja. A to wszystko okraszone tym wielbionym przeze mnie wokalem i melancholią. 


Dodam jeszcze jako Oberst z teraźniejszości, że na chwilę obecną ta płyta Kasi jest moją ulubioną. Woda w <jakaś rzeka w Gruzji, nie wiem, nie znam się> płynie i płynie a ja nadal często wracam do Love Is A Silent Thief czy Never Felt Less Like Dancing.